Tak dawno mnie tutaj nie było, że nawet nie wiem od czego zacząć. Przez ostatni rok skupiałam się głównie na opiece nad maluchem. Własne priorytety i potrzeby zeszły na drugi tor. Stwierdziłam, że zawieszę na jakiś czas bloga bo najzwyczajniej w świecie nie mam czasu na pisanie. Gdy miałam wolną godzinę nadrabiałam prace domowe lub po prostu siedziałam przed telewizorem z kawą w ręku albo odsypiałam noce. Zmęczenie dawało się we znaki. Pracę etatową zamieniłam na najważniejszą rolę w życiu, na rolę matki. To był piękny ale i ciężki rok przeplatany wyzwaniami i radością.

Powrót do pracy

Lubiłam ten czas w domu pełną swobodę. Jest w tym coś magicznego, nigdzie nie pędzisz, nigdzie nie biegniesz. Nie czułam się też uziemiona, mój mąż spisał się na medal. Gdy tylko potrzebowałam wyjść z domu i oderwać się, zrelaksować zostawał z maluchem.

Nadszedł ten ciężki moment, wróciłam do pracy i myślałam, że to będzie dramat.. bo jak zostawić największy skarb w domu? Kiedy nadrobić z nim stracony czas? Przez pierwszy tydzień będąc poza domem moje myśli krążyły wokół tego, co robi synek. Czy śpi, czy nie płacze? Przerażała mnie myśl, że potrzebuje mnie a ja jestem daleko. Jeśli któraś z Was przechodziła rozstanie z dzieckiem to na pewno wie o czym mówię.

Okazało się, że Oluś świetnie sobie radzi z Babcią (to nie błąd, w tej relacji to on rozdaje karty :P). Tak, mamy ten komfort, że mogliśmy uniknąć żłobka. Mały Aleksander jest radosny i szczęśliwy, odnajduje się w nowej sytuacji. W żaden sposób nie odreagował mojej nieobecności a bałam się, że to głównie nocą wrócą emocje dnia. Musiałam na własne oczy zobaczyć i zaobserwować, że nic mu nie jest by w to uwierzyć. Każdego dnia wracając do domu wita mnie z uśmiechem. Po kilku takich dniach uświadomiłam sobie coś. Sama siebie nakręcałam pesymistycznym myśleniem i strachem, przeżywałam rozstanie z nim a dziecko świetnie się bawiło czekając na rodziców. Taka już jestem, “lubię” martwić się na zapas.

Myślę, że taki dobry początek zawdzięczamy wcześniejszemu przygotowaniu Olusia. Wielokrotnie zostawialiśmy go na kilka godzin u dziadków aby stopniowo przywyknął do tego, że mamy nie będzie już 24 godziny na dobę. To tak jak adaptacja dzieci w żłobku czy przedszkolu.

Co dalej z blogiem?

Kilka tygodni temu postanowiłam, że przygoda z blogowaniem nie może się tak skończyć. Pisanie tutaj daje mi dużo satysfakcji i w jakiś sposób spełniam jedno ze swoich małych marzeń. Jesteście ze mną i czytacie to co piszę, daje mi to dużo motywacji a jest tyle spraw które chciałabym poruszyć. Przyszedł czas na zmiany. Czuję, że jestem silniejsza i bogatsza o wiele nowych doświadczeń. Mój blog też przeszedł małą metamorfozę, jak Wam się podoba jego nowa odsłona?